Mówią o mnie inni:

„Jeśli chodzi o teksty, to „Antyszanty” udowadniają że Spięty jest jednym z najsprawniejszych operatorów słowa na polskiej scenie muzycznej.. Spiętek ma swój styl pisania, rozpoznawalny od początku, teksty są niebanalne i pozbawione szablonowości, za co czapki z głów”. Michał Przechera, Dla Studenta

„Ascetyczne aranżacje, łączące dźwięki instrumentów (głównie gitara i bębny, ale też ukulele, tamburyn, akordeon) z delikatną elektroniką. Wraz z warstwą werbalną daje to bardzo ciekawy klimat - czasem naprawdę czujemy się, jakbyśmy oczekiwali na rejs w jakiejś portowej spelunie. Daleko tu raczej do szant (może oprócz “Haba haba i ding ding dong”), widać, że to jedynie była inspiracja. Jakąkolwiek dynamikę usłyszymy w “Ma czar karma”i “Kalikimaka” (najbardziej pozytywny utwór… że aż się człek uśmiecha słuchając go). Ciekawostką są też rytmy reggae w zamykającym album “Szkoda”. Marcin Szczepanek, Uwolnij Muzykę

„Debiut lidera Lao Che trąci kontrowersją; jest nasączony afrodyzjakiem antykomercji, który ściąga pod ziemię. Dobrze, że ukazała się ta płyta, nawet jeśli jej autor nie bardzo wie, po co. Podobno nie wszystko zostało tu jednak napisane. To, co powstanie "będzie marne i mocarne, ponure i figlarne". Więcej takiej "tfu!rczości"! Panie Spięty, nie kończ Pan wachty.” Magda Kotowska, Independent.pl

„Koncert zrobił piorunujące wrażenie. Po pierwsze Spięty jest doskonałym wokalistą obdarzonym jednym z najciekawszych głosów na polskiej scenie muzycznej. Poza tym jego szanty w wydaniu alternatywnym oparte są na pomysłowym żonglowaniu językiem, do czego zresztą przyzwyczaił nas już w twórczości Lao Che. Zdziwieni jednak mogli być ci, którzy płytę "Antyszanty" już dobrze znają. Bo słuchając ma się wrażenie, że ta płyta, chociaż pełna ironii, jest jednak poważna. A na koncercie co rusz publiczność wybuchała śmiechem i tą ironię było czuć ze zdwojoną siłą.” Małgorzata Wieczorek, Gazeta Wyborcza

„Być może Hubert stworzył nawet nowy podgatunek. Ciężko znaleźć coś podobnego. Grzebiąc nieco w historii, natrafiam na szanty klasyczne: proste, melodyjne i łatwo wpadające w ucho. Takie właśnie z założenia miały być. Może miałyby szanse dostać się na Eurowizję, ale nie na płytę Spiętego. Szanty Spiętego, to szanty progresywne, szanty podnoszące ten morski gatunek na wyższy poziom artystyczny. To jedna z najciekawszych płyt jakie ukazały się w roku ubiegłym.” Tomasz Brusik, Wiadomości 24

„(..)Owszem, kto chce, znajdzie głuche, industrialne elektro, rytm techno czy reggae’ową beztroskę, ale skromne to i celowo obskurne. Najważniejszy jest gospodarz i jego kreatywność, a w tle może jedynie brzdąkać gitara czy walić bęben. Kto oczekiwał szalonego konceptu, nie zawiedzie się. Artysta zgodnie z tytułem proponuje antyszanty, a antymorze – zupełnie jak morze – raz bywa spokojne, raz wzburzone. Jest czas na sikanie na nawietrzną i rubaszne pijane gawędy („Nie ma to jak gorąca cipka i jeden głębszy”), ale pojawia się również rozpacz, co skłania do szeptanej filozofii i słonych wniosków. Fale przynoszą metafory i alegorie, z fal wyłaniają się nowe słowa.” Marcin Flint, Przekrój